SZESNAŚCIE kilometrów cierpliwości

Jest taka kategoria specjalistów, których podziwiam szczerze i bez cienia zawiści. Znają się na wszystkim. Na polityce zagranicznej i szczepieniach, na sędziowaniu meczów i kursach walut, a ostatnio – co mnie akurat dotyczy zawodowo – na prawie zamówień publicznych, procedurach odwoławczych przed Krajową Izbą Odwoławczą i orzecznictwie Sądu Okręgowego w Warszawie. Wszystko to opanowali, nie wychodząc z domu, a wielu z nich – co budzi mój najgłębszy respekt – zdążyło to wszystko posiąść, nie zdążywszy nawet wgrać zdjęcia profilowego.
To właśnie oni przez ostatnie dwa lata tłumaczyli mi cierpliwie, choć nie zawsze parlamentarnie, że obwodnicy Starogardu nie będzie. Że ściema. Że obiecanki. Że gdzie ta obwodnica, ty taki i owaki. Pisali to z werwą, z fantazją, czasami z ortografią własnego projektu. Odpowiadałem spokojnie i nudno, bo w tej materii jestem człowiekiem jednego zdania: umowa zostanie podpisana, obwodnica powstanie. Z kilkoma osobami nawet się założyłem. I oto felietonik niniejszy piszę w tygodniu, w którym mogę zacząć zbierać wygrane. Za dwa tygodnie podpisanie umowy z wykonawcą. Szesnaście kilometrów drogi krajowej numer 22, czterysta z górą milionów złotych, południowe obejście miasta, które od dekad dusi się dwudziestoma tysiącami aut na dobę. Jak myślicie Państwo – ilu z moich zakładowych partnerów pojawi się teraz w komentarzach, żeby przyznać mi rację? Przyjmuję zakłady i o to.
Ale po kolei, bo felieton bez dygresji to jak rosół bez makaronu.
Pierwszy dokument, jaki wysłałem jako poseł do Ministerstwa Infrastruktury – jeszcze zanim uformował się rząd – dotyczył właśnie obwodnicy. Nie dlatego, że brakowało mi tematów, ale dlatego, że obiecałem. Uwaga, subtelność: obiecałem już po wygranych wyborach, nie przed nimi. To różnica zasadnicza, choć niemodna. Obietnica przedwyborcza jest jak serpentyna na sylwestrze – efektowna, kolorowa i nazajutrz nikt jej nie sprząta. Obietnica powyborcza to już weksel. Trzeba wykupić.
O obwodnicy Starogardu mówiło się bowiem od czasów, kiedy w telewizji leciała jeszcze „Dynastia". Byli tacy, co pokazywali slajdy. Byli tacy, co wpisywali ją do programów. Slajdy wychodziły im znakomicie, przyznaję bez ironii – to trudna sztuka, te przejścia, te animacje. Drobiazg, który umykał: pieniądze. I tu dochodzimy do zabawnego paradoksu naszych czasów, bo konkurencja ogłasza dziś z powagą, że oto realizujemy „ich plan". Zastanawiam się, czy to zarzut, czy komplement i nie umiem się zdecydować. Bo jeśli plan bez zabezpieczonych środków jest planem, to ja niniejszym ogłaszam plan budowy trzech kosmodromów na Kociewiu. Slajdy będą piękne. Starty planuję z Sucumina, bo tam akurat obwodnica będzie miała swój początek, więc dojazd zapewniony. Środków, wzorem klasyków, zapewniać nie zamierzam – wszak ciemny lud i tak kupi.
Pieniędzy na obwodnicę nie było. Teraz są. To decyzja tego rządu, ministra Dariusza Klimczaka i to jest cała tajemnica, prosta jak konstrukcja cepa: różnica między obwodnicą a opowieścią o obwodnicy wynosi czterysta osiem milionów złotych.
A teraz część, którą piszę z prawdziwą przyjemnością, bo sukces – jak wiadomo – ma wielu ojców i właśnie obserwuję wzruszające sceny masowego ustalania ojcostwa. Otóż dobra wiadomość: ojców jest rzeczywiście wielu i chętnie ich wymienię, bo znam ich z imienia i z uścisku dłoni. To samorządowcy, którzy latami nosili ten temat jak sztandar. To przedsiębiorcy – pamiętam pierwsze spotkanie w „Bachusie", kiedy jako samorząd zaczynaliśmy z nimi tę batalię i nikt nie pytał o barwy klubowe, tylko o to, kto co może zrobić. To urzędnicy, którzy przerzucili tony papieru. To ludzie z gdańskiej dyrekcji GDDKiA, którzy prowadzili tę procedurę przez wszystkie jej meandry, odwołania, skargi i wyroki – zgodnie z polskim prawem, które każdemu oferentowi daje prawo do odwołania, a mieszkańcom do siwienia.
Ciekawe tylko i charakterystyczne dla niektórych, że kiedy przez długie miesiące wylewały się na mnie pomyje za „przedłużającą się procedurę" – jakbym to ja osobiście zasiadał w Krajowej Izbie Odwoławczej, w todze i z młotkiem – to niestety tłumów obok mnie nie było. Nie przypominam sobie, żeby publicznie – głośno i zgodnie z prawdą, poparł mnie i powiedział: spokojnie, to procedury, uciążliwe, ale legalne. Woleli poczekać w cieniu, zacierając ręce w tym charakterystycznym geście, dla którego Niemcy mają słowo Schadenfreude, a my mamy tylko wzruszenie ramion. Nie piszę tego z żalem. No dobrze – piszę z rozczarowaniem wielkości ziarnka kociewskiego piasku, który za trzy lata znajdzie się pod asfaltem.
Kazuo Ishiguro, którego „Kiedy byliśmy sierotami" niedawno skończyłem, opowiada historię człowieka, który przez całe życie, wśród ruin i szyderstw, uparcie prowadzi swoje jedno śledztwo – bo uznał, że to jego zadanie i nikt go z niego nie zwolni. Świat dookoła płonie, a on robi swoje. Nie porównuję się, broń Boże, do bohaterów literatury noblistów – nasze śledztwo dotyczyło zaledwie szesnastu kilometrów drogi. Ale tę jedną rzecz Ishiguro podpowiada trafnie: są zobowiązania, które się po prostu niesie do końca, niezależnie od pogody i komentarzy. Ciekawe, że akurat teraz czytałem tę książkę.
Dlatego dziś nie mam ochoty na triumfalizm. Mam ochotę na radość – zwyczajną, starogardzką, taką na miarę miasta, które za jakiś czas wreszcie odetchnie od tirów. To sukces wszystkich, którzy przy nim realnie pracowali, oraz – co odnotowuję z rozbawieniem – kilku osób, które przy nim realnie przeszkadzały, albo w najlepszym razie – realnie nie robiły nic, a niedługo zapozują do zdjęcia. Niech pozują. Na zdjęciu z obwodnicą zmieszczą się wszyscy, ona będzie miała szesnaście kilometrów.
I jak zwykle, konsekwentnie – dla obywateli: -Bądźcie zdrowi!
Galeria
