Ponura pomidorowa

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego istnieje powiedzenie, że nie trzeba być w życiu zupą pomidorową i starać się, żeby wszyscy was lubili? Nie słyszeliście o takim stwierdzeniu? Jeszcze wierzycie, że uda się wam dożyć, w nieszczęściu oczekiwania, takiego momentu.
Rozczarujecie się – gwarantuję. Rozczarowanie kimś, kto miał niezawodnie Was lubić, a niech tam, zmniejszmy oczekiwania – sympatyzować z wami, jest tym bliżej – im bardziej oddalacie się od wieku żłobkowego.
Więc kiedy nadejdzie taki dzień – zastanówcie się proszę: Dlaczego właśnie pomidorówka stała się synonimem kulinarnej świętości, powszechnej sympatii, braku wad, stuprocentowego poparcia konsumentów? Czy to nie podejrzane? Czy nie stoi za tym jakieś lobby pomidorowych badylarzy?
To bardzo ciekawe pytania i tylko pozornie mogą stanowić o emocjonalno-intelektualnym roztrenowaniu pytającego. Macie inne zdanie? Trudno – nie jestem świeżo zmarłym, żeby wszyscy się ze mną zgadzali. W Polsce zazwyczaj zgadzamy się z niedawno zmarłymi. Wraz z upływem czasu już zgadzamy się z nimi mniej, za to bardziej o nich zapominamy.
Przy okazji i bez związku – Nasza Mama robiła znakomitą pomidorową.
Jadąc dzisiaj z Ksenią samochodem słuchaliśmy sobie muzyczki. Moje ulubione piosenki zazwyczaj są smutne i niewiele osób jest w stanie wysłuchać godzinnej playlisty pod tytułem „Patrula Hits vol. któryś tam”. Nie zastanawiałem się specjalnie, dlaczego akurat takie piosenki najbardziej mi się podobają.
Zastanawiałem się jednak, dlaczego istnieje przekonanie, że cierpienie jest szlachetne, a złamane serce i samotność są niemal koniecznymi do tworzenia rzeczy pisanej z wielkich liter: Ojczyzny, Muzyki, Literatury, Sztuki, Interesów Wokulskiego. Zastanawiałem się już nie raz i przychodziły różne, najbardziej oczywiste tropy. Choćby taki, że my w Polsce często przegrywaliśmy, często cierpieliśmy, często bywaliśmy rozczarowani, a to spowodowało, że musieliśmy nauczyć się rozsmakowywać w tym, czego inni nie cierpią. W planie osobistym, równie logiczne i naiwne, jak te dotyczące planu wspólnotowego, mogą być hipotezy o tym, że kiedy jesteśmy szczęśliwi, stajemy się mniej podatni na wzruszenia. Nieco mniej skupieni na sobie, a wiele rzeczy nas rozprasza dając frajdę, ciepło i jasność.
Nie wiem, jak jest z tymi sprawami naprawdę, bo nie jestem autorem, ale gdybym miał napisać jakąś dobrą piosenkę, nawet o złamanym sercu, musiałbym już je nieco podleczyć. Najlepiej idzie mi myślenie, kiedy jestem w przyzwoitej formie i chociaż już nieco zużyty, to jednak ze wszystkimi przepisowymi przeglądami.
Zdradzę zatem, że trochę już męczy mnie ten mój ponury gust muzyczny i chciałbym, żeby algorytmy przynosiły inne propozycje. Ale algorytmy są jak inżynier Mamoń – przynoszą tylko to, co już lubimy.
Właśnie dlatego słuchając dzisiaj między innymi utworu „Free Bird” słynnego zespołu Lynyrd Skynyrd, zastanawialiśmy się, jak bardzo różnie można go zinterpretować. Piosenka jest starsza ode mnie i jest absolutnym arcydziełem, którym zadławiłby się każdy dzisiejszy wydawca muzyczny. Ma bowiem w wersji oryginalnej ponad 9 minut, co jest wedle standardów „świata piosenek nadających się do rolek, tik-toków i relacji” ekwiwalentem co najmniej trzech hitów idących w viral. Dzisiaj nikt by jej nie usłyszał, bo nie byłaby wydana i promowana jako zbyt długa. A tam jest przecież tyle historii. Nawet najmniej spodziewane interpretacje są możliwe, kiedy utwór jest wystarczająco wielki. Dzisiaj cała smutna historia mogłaby opowiadać komuś przerażonemu wiadomościami zza Oceanu, o tym, że jakiś samolubny facet ma w nosie na przykład żonę z dzieckiem, mieszkanie w jakiejś budzie; ma dosyć poszukiwania roboty za kilka dolców. Stąd już tylko kawałek drogi do historii o tym, że nie cierpi bogaczy, do których należą latyfundia, gdzie pracują biedacy o innym kolorze skóry, których nienawidzi szczerze i z pełnym przekonaniem pozbyłby się ich na zawsze. Może jeszcze kilka kwestii dotyczących tego, jakie napoje najbardziej lubi i jakiego dbania o higienę nie uznaje, to wszystko i znacznie więcej musiałoby się zmieścić w dwie i pół minuty. Tyle to trwa w tym utworze solówka. Zresztą jedna z dziesięciu najsłynniejszych solówek według rankingu „Guitar World”. Sama piosenka, z czym skojarzyła mi się jej niemal ćwierć wieku młodsza kuzynka „Gone Till November” zaśpiewana przez Wyclef Jeana, może zresztą być o czymś zupełnie innym.
O tym zresztą rozmawialiśmy w samochodzie. Przecież w obu tych utworach może chodzić o trudny do wytłumaczenia, nawet najbliższym - ukochanej i rodzinie – zew, który czujemy tak mocno, że mimo iż ich kochamy, musimy odejść. To niesie cierpienie i smutek, ale przecież gdybyśmy owemu nakazowi ruszenia w świat nie ulegli, to cierpienie zamieniałoby się w truciznę dla uczuć, które łączą nas z tymi, których kochamy.
Dzisiaj nasi bliscy byliby w dużo lepszej sytuacji, bo współczesny awanturnik, łowca przygód, obieżyświat, niespokojny duch czy wolny ptak zamieszczałby codziennie relacje na socjalach.
Oderwania się od czarnych lusterek życzę tak mocno, Państwu i sobie, jak tego żebyśmy: -Byli zdrowi!
Galeria
