Nie ruszaj stołem, bo się wgrywa

Zacznę od uczciwego ostrzeżenia: to nie będzie felieton dla wszystkich. Są historie, które da się opowiedzieć każdemu, i takie, które działają wyłącznie na hasło. Dziś mam hasło. Brzmi ono: Commando. Albo: River Raid. Albo – i to akurat nie jest tytuł gry, tylko nazwa całej epoki – ZX Spectrum, ośmiobitowy komputer domowy firmy Sinclair Research, wypuszczony w Wielkiej Brytanii w 1982 roku. Jeżeli w tym miejscu nic Państwu nie drgnęło pod żebrem, proszę czytać dalej z życzliwością turysty, bo zaraz będę oprowadzał po kraju, którego nie ma na żadnej mapie, a który istniał naprawdę – gdzieś między ostatnią klasą podstawówki a czasami liceum.
Mój komputer przyjechał z Niemiec. Kupił go Wujek, na jakiejś giełdzie, za pieniądze z mojej Pierwszej Komunii Świętej – zdanie, nad którym mógłbym się rozwodzić do końca tekstu, bo nie znam lepszego streszczenia polskiej transformacji niż sakrament zamieniony na Commodore 64. Tak zwana mydelniczka. Z monitorem monochromatycznym, zielonym, co było rozczarowaniem mniej więcej tej klasy co choinka bez bombek. Świat okazał się mieć jeden kolor i tym kolorem był zielony.
Ale ta mydelniczka miała stację dysków. Dyskietki: pięć i jedna czwarta cala. Niewielu miało, i proszę mi wierzyć, że w hierarchii osiedlowej znaczyło to więcej niż niejeden tytuł szlachecki. Gry wgrywały się z dyskietki, a nie z kasety magnetofonowej. A kaseta magnetofonowa miała swoją dramatyczną niedogodność. „Nie ruszaj stołem, bo się wgrywa” – mówiło się z powagą, z jaką dziś nie mówi się już właściwie o niczym. Do dzisiaj nie wiem, czy to była prawda, czy zbiorowy przesąd chłopców z bloku. Podejrzewam, że prawda była w połowie, a w drugiej połowie było coś ważniejszego: wiara, że od naszego zachowania, od naszej nieruchomości, od wstrzymanego oddechu cokolwiek zależy. Że mamy wpływ.
Dyskietek mieliśmy sporo, choć w praktyce wszystko kręciło się wokół kilku. Reszta leżała odłogiem, bo skoro komputer przyjechał z Niemiec, to razem z nim przyjechał niemiecki, którego żaden z nas nie znał. Te dyskietki kojarzyły nam się wtedy odrobinę podejrzanie i trzymaliśmy je z boku, na wszelki wypadek, jak cudzą korespondencję. Na tych kilku swoich graliśmy z kolegami z sąsiedztwa całe dnie i pół nocy, aż mama musiała nas przepędzać – słowo „mobilizować” byłoby tu eufemizmem godnym komunikatu prasowego. Dziś pewnie niejeden uśmiechnąłby się pod nosem nad tamtą grafiką; są zresztą emulatory, można sprawdzić, jak to wyglądało, i każdy sprawdzający dozna zawodu, bo nie da się wyemulować tego, że miało się trzynaście lat. Potem przyszły gry z Amigi, z grafiką, która wydawała nam się ostatecznym kresem ludzkich możliwości. A potem to już nie była moja historia.
I to jest właśnie rzecz, o której chciałem dziś napisać: o tym, jak każdemu z nas coś ucieka.
Mojego Ojca audiobooki prawdopodobnie ominęły. Nie wiem, czy kiedykolwiek posłuchał choćby jednego; podejrzewam, że nie. Mnie z kolei ominęła cała epoka oglądania, jak inni grają – a wydarzyła się naprawdę, miliony ludzi zaczęły w wolnym czasie patrzeć, jak obcy człowiek zmaga się z rzeczywistością gry. Mnie wydało się to po prostu nudne. Jestem człowiekiem, który w większości spraw woli robić, niż patrzeć, jak robi ktoś inny, i podejrzewam, że nie jest to raczej wada. Ominął mnie zresztą również World of Warcraft, i to na tyle skutecznie, że za chwilę będę musiał się z tego tłumaczyć. Obejrzałem film, ale nie pamiętam za wiele.
Za to audiobooki mnie nie ominęły i jestem im wdzięczny. Jeżdżę dużo samochodem, a to jest ten rodzaj czasu, który albo się traci, albo się nim gospodaruje. Nie obciążam się przy kierownicy tytułami wybitnie skomplikowanymi, bo uczciwie mówiąc: nie jestem w stanie jednocześnie prowadzić i nadążać za Kafką. Słucham więc powieści, sporo science fiction. I tam właśnie, gdzieś na krajowej dwudziestce dwójce, trafiłem na coś, czego kompletnie się nie spodziewałem.
Wasilij Machanienko. Rocznik 1981, Siewierodwińsk, studia fizyczno-matematyczne w Biełgorodzie, potem branża informatyczna w Moskwie. W 2012 roku wrzucił swoją pierwszą powieść – o człowieku uwięzionym w wirtualnym świecie – na portal „Samizdat”. I tu jestem Państwu winien wyjaśnienie, bo sam musiałem to sprawdzić i sam się zdziwiłem: nie chodzi o żadną konspirację. „Samizdat” to dzisiaj dział serwisu samlib.ru, wydzielony z Biblioteki Maksima Moszkowa – najstarszej rosyjskiej biblioteki internetowej, działającej od 1994 roku – w którym każdy może bezpłatnie opublikować własny tekst. Nazwa jest ukłonem w stronę podziemnych wydawnictw z czasów sowieckich, ale funkcja jest całkiem współczesna i całkiem prozaiczna: to samopublikacja, coś w rodzaju rosyjskiego Wattpada. Z tego portalu wyrosła siedmiotomowa seria „Droga Szamana”, przełożona na kilka języków. Po polsku ukazują się kolejne rzeczy tego autora: „Świat Przeistoczonych”, którego słucham teraz, oraz „Alchemik. Miasto Umarłych”, od którego zacząłem.
Machanienko jest przy tym – i to podobno klucz do całej reszty – zapalonym graczem World of Warcraft, i to grającym szamanem. Ponieważ, jak wspomniałem, gra ta mnie ominęła, musiałem i to sprawdzić, więc podaję dalej: gracz wybiera dla swojej postaci klasę, a szaman jest klasą pomocniczą – leczy, wzmacnia drużynę, żywiołami rzuca raczej z drugiego szeregu niż z pierwszego. Bohater debiutanckiego cyklu Machanienki jest, nomen omen, szamanem. Innymi słowy: autor napisał książkę o sobie samym w przebraniu, tylko że przebranie ma statystyki.
To wszystko ma zresztą własną nazwę – LitRPG – i tę nazwę też musiałem sprawdzić, bo nie miałem najmniejszego pojęcia, że istnieje taki gatunek. Istnieje, ma swoich wyznawców i swoje reguły. A reguły są następujące, i tu proszę o chwilę uwagi, bo to jest numer, którego naprawdę nie przewidziałem.
To nie jest książka o graczu. To jest książka, która udaje grę. Z poziomami, punktami, komunikatami systemu, całym tym rusztowaniem. Czytelnik nie gra – czytelnik obserwuje kogoś nieistniejącego, jak w nieistniejącej rzeczywistości gra w nieistniejącą grę. A ja tej książki nawet nie czytam. Ja jej słucham. Prowadząc samochód, który w coraz większym stopniu prowadzi się sam.
Przy takiej konstrukcji szkatułkowej „Rękopis znaleziony w Saragossie” po prostu wysiada i idzie odpocząć. Calvino, który napisał powieść o czytaniu powieści, wypadłby z rytmu przy trzeciej warstwie. Bo rzecz wygląda tak: najbardziej interaktywne medium, jakie wymyślił człowiek – gra, w której wszystko zależy od ciebie – zostało przepisane na medium, w którym nie zależy od ciebie absolutnie nic. Zero wpływu. Ani jednego przycisku. Ktoś wziął czystą sprawczość i zamienił ją w czysty odsłuch.
Kiedy pierwszy raz to do mnie dotarło, roześmiałem się w samochodzie sam do siebie. Potem przyszła myśl następująca: przecież to jest dokładny opis naszego dnia.
Stanisław Lem pisał o fantomatyce pół wieku przed tym, zanim ktokolwiek sprzedał pierwsze gogle. Ale Lem zakładał, że będziemy w środku. Tymczasem my wylądowaliśmy obok. Algorytm dobiera nam wiadomości, trasę, muzykę, ofertę kredytową i kandydata na sympatię – tę ostatnią kwestię akurat załatwiłem wiele lat temu, analogowo i z dużym sukcesem, z czego cieszę się do dziś. Maszyna rozgrywa partię, a nam zostaje komentarz na żywo. Liczymy kroki, punkty lojalnościowe, zasięgi, oceny i gwiazdki – cała rzeczywistość została w międzyczasie zgamifikowana, tylko nikt nas o zgodę nie zapytał i, co gorsza, nikt nam nie pokazał zasad.
I tu jest paradoks, na który chciałbym zwrócić Państwa uwagę szczególnie, bo wydaje mi się on naprawdę niebłahy. W tych powieściach system jawnie wypisuje reguły. Bohater widzi, ile ma punktów, co mu odjęto, za co i dlaczego. Zna kurs wymiany wysiłku na skutek. W życiu, które prowadzimy poza książką, tej tabelki nie ma. Decyzja zapada w modelu, którego nikt nie czyta, odmowa przychodzi bez uzasadnienia, a na pytanie „dlaczego” system odpowiada milczeniem albo infolinią. Wychodzi więc na to, że powieść imitująca grę bywa dziś uczciwszym opisem rzeczywistości niż większość formularzy, które podpisujemy. Literatura fantastyczna zdążyła stać się gatunkiem dokumentalnym – tyle że od strony proceduralnej.
Nie piszę tego z pretensją. Piszę z lekkim niepokojem. Bo jednocześnie audiobooki to po prostu znakomity relaks, a te książki są uczciwą, dobrze zrobioną rozrywką dla kogoś, kto kiedyś miał z grami do czynienia i komu na dźwięk słowa „dyskietka” robi się ciepło. Dla kogoś, kto nie miał, będzie to zapewne hermetyczne nie do przejścia, i nie zamierzam nikogo namawiać.
Została mi jedna niewiadoma i z nią właśnie zwracam się do Państwa. Otóż nie wiem, czy świat opisany w tych książkach odsyła do jakiejś konkretnej, istniejącej gry, którą gracze znają na pamięć, czy też autor zbudował go od zera – a tylko szamańskie zaplecze zdradza, gdzie spędzał wieczory. Sam tego nie rozstrzygnę. Może ktoś z Państwa wie i zechce mi napisać.
A jeżeli nie wie, to i tak zostaje nam wspólny mianownik. Bo każdy z nas ma gdzieś swoją zieloną mydelniczkę, swoje kilka wyświechtanych dyskietek i swoje zdanie wypowiadane półszeptem – że coś jednak od nas zależy. Moja historia nie musi być Państwa historią. Ale ma w środku szczelinę, w którą można wrzucić własną monetę.
Tylko, bardzo proszę, nie ruszajcie stołem. Bo się wgrywa. Ale bez względu, czy się uda wgrać: bądźcie zdrowi! W realu!
Galeria
