Ciekawość

W ostatni wtorek, jeszcze przed południem, promowaliśmy największą na całym bożym świecie, edukacyjną imprezę przyszłego roku. Odbędzie się w Gdańsku, na Wyspie Sobieszewskiej i zgromadzi około 50 tysięcy młodych ludzi z całego świata. To będzie nie tylko pokaz naszej gościnności, ale też aspiracji, wartości i tradycji. Debata, w której uczestniczyłem była zatytułowana „Wszyscy jesteśmy gospodarzami” i przebiegła w miłej atmosferze rozmowy osób, które są zgodne co do sedna zagadnienia.
Dzień wcześniej, w poniedziałek wieczorem brałem udział w innej debacie podczas tego samego kongresu samorządowego. Tutaj podobna zgodność występowała głównie w kwestii przestrzegania reguł przyzwoitego wychowania. Nie wiem, czy jest jakiś dostęp do nagrań z dyskusji, ale z zaciekawieniem przesłuchałbym ją z jednego prostego powodu. Otóż przemieszczając się korytarzami wielkiego hotelu, w którym odbywały się obrady, spotkania i panele dyskusyjne, zaczepiła mnie para dobrze ubranych osób, w których garderobie nawet niewprawne oko odnajdywało bez problemu znaki zamiłowania do książek.
Państwo wyglądali godnie. Nie wyzywająco, niezbyt elegancko, ale też nieprzesadnie skromnie. Na pewno nieprowincjonalnie. Szli pewnym krokiem, obładowani notatkami. Kobieta i mężczyzna o dobrych klasycznych fryzurach. Ona z lekko falowanymi, gęstymi włosami w kolorze karmelu przetykanego falami ciemnej czekolady, a on w kolorze neutralnym, chyba brązowym. Ona do ramion, on klasycznie – z przedziałkiem, ale bez fali. Wyobrażacie już sobie?
Pani w garsonce. Prosta, gładka, wełniana spódnica do kolana; skórzane, czarne loafersy z frędzelkiem nałożone na ciemne, grube rajstopy. Pod krótką marynarką na górnej granicy granatu, w nieco ciemniejszym od spódnicy odcieniu - prosta kremowa koszula z rozpiętymi dwoma górnymi guzikami. W okolicach pierwszej części pięćdziesiątki.
Mężczyzna, z przewieszonym przez ramię płaszczem. Od stóp do głów w brązach, różniących się tylko półodcieniami. Spodnie najciemniejsze, luźne, zdaje się jakaś flanela. Pod marynarką nieco jaśniejszą, może nawet w dyskretną, dużą kratę - nieco jaśniejsza, chyba wełniana kamizelka z niedopiętym górnym guzikiem. Koszula błękitna, krawat poluźniony. Na nogach klasyczne botki zamszowe.
Szedłem sobie, wciąż szybkim krokiem. Mam już tak, że dopóki jestem w ogniu działań, robię wszystko raczej energicznie. Nawet jeśli jestem zmęczony jak cholera. A oprócz tego byłem jeszcze głodny na dodatek. Przede sobą miałem jeszcze jedno spotkanie, którego szczerze byłem ciekaw. Jednak od zakończenia dyskusji, o której piszę, towarzyszył mi lekki niepokój. Może nawet bardziej nieswoje zaciekawienie. Nie mogę na szczęście, powiedzieć o sobie, że unikam dyskusji, sporu, szermierki słownej, ale już dawno nie zastanawiałem się czy nie powiedziałem zbyt wiele w publicznej debacie. Teraz też odsuwałem od siebie taką konstatację, ale powróciła ona właśnie podczas opisywanego spotkania z nieznajomymi w korytarzu prowadzącym do wind.
- Panie pośle, mogę sekundkę? – zagadnął mężczyzna.
- Dzień dobry, dobry wieczór… Jasne! – nie wiedziałem z kim mam do czynienia.
- Myśmy pana tłumaczyli… – tu wskazał na swoją koleżankę, a ona dyskretnie się do mnie uśmiechnęła. Chciałem coś powiedzieć, ale nie zdążyłem, bo pan tłumacz kontynuował.
- I to była najbardziej energiczna debata dzisiejszego dnia! – zdaje się, że wypowiedział to tonem zarezerwowanym dla komplementów, na pewno z pełnym przekonaniem.
Przemknęło mi przez głowę, że mają cholernie ciężką robotę, skoro to był jej najżywszy moment, ale jednocześnie moje pomyślałem sobie jeszcze raz, że może warto tę debatę przesłuchać.
Jedno jest pewne. Nie udawałem nikogo innego niż jestem, bo staram się: Nie dać się zgnębić sukin….m! Czego życzę również Państwu. Bądźcie zdrowi.
Galeria
