Kibic nieinteresujący się kibicowaniem

Piotr Kociewski4 min czytania
Kibic nieinteresujący się kibicowaniem

Spadła z ekstraklasy Lechia, spadła Arka. Można, a jeśli ktoś jest kibicem w takim sensie, że interesuje go kibicowanie, to nawet jest zobowiązany do tego, żeby analizować rozliczne przyczyny tego niezwykle bolesnego upadku. Gdyby poprzednie zdanie zostało umieszczone na moim profilu w mediach społecznościowych, to moi psychofani – tak, mam takich - wybitni specjaliści od wszechrzeczy, którzy najczęściej pokończyli uniwersytety chłopskiego rozumu, pewnie, choć nieco mniej elegancko, mogliby zapytać: -O czym ty … taki i owaki piszesz? Kibicowanie to kibicowanie, ty… taki i owaki. 
Pewnie jeszcze poobrażaliby Arkę, no bo wiadomo co i jak. A ja jestem kibicem, który nie interesuje się kibicowaniem i przyznam szczerze, że wcale nie jest to moja autorska definicja, ale o tym nieco później. Teraz żeby nie wzbudzać niepotrzebnych emocji, dla wyjaśnienia sprawy wyjaśnię kim jest kibic interesujący się kibicowaniem. Z góry ostrzegam: nie będę w tym tekście ustalał co jest lepsze albo tym bardziej co jest gorsze. Mam prawo do napisania tutaj kilkudziesięciu zdań na wybrany przez siebie temat i z tego prawa korzystam. Wpieniony jestem strasznie na tę degradację i dlatego piszę.
Otóż kibic interesujący się kibicowaniem to osoba, która stawia swój klub, dyscyplinę w centrum swojego horyzontu zainteresowań. W najgorszym razie – blisko centrum. W najgorszym razie. Podam przykład. Wielu z moich znajomych i przyjaciół wie, że w odwiecznej dychotomii bieli z blałgraną stoję twardo po stronie najszlachetniejszego koloru stanowiącego początek i koniec. Oczywiście mam wśród swoich towarzyszy, ziomków, przyjaciół i znajomych z pracy wyznawców innej piłkarskiej wiary. Przeciwnej. Kibic interesujący się kibicowaniem zawsze takich ziomków pociśnie, niewybrednie i złośliwie zaatakuje, odmówi im prawa do wypowiedzi, a nawet jeśli owi, przypomną – zgodnie z prawdą, że biel nieco przyprószona ostatnio i raczej Arka, raczej Lechia niż mistrzowska, to zaraz rozpocznie długą tyradę o spiskach, oszustwach i na pewno przekupionych sędziach. Taki kibic wie dokładnie jak wygląda aktualnie sytuacja w wyścigu o fotel prezydencji. Nieobce są mu nazwiska osób stojących za poszczególnymi kandydaturami. Włączył powiadomienia we wszystkich możliwych aplikacjach, forach i stronach, które donoszą w tym, któremu z zawodników skończył się kontrakt na buty, ile brzuszków robi codziennie największa gwiazda, a już na pewno kto zaprojektował trykoty na kolejny sezon i dlaczego są one takie brzydkie. Wiecie o co chodzi. Historia, teraźniejszość, przyszłość. Budżety, personalia, insajderskie ciekawostki. Na meczu koniecznie koszulka klubowa, szalik i czapeczka, a poza tym dokładna znajomość składu, kadry meczowej, kontuzjowanych i odstawionych do rezerw. Dodatkowo statystyki wykute na blachę. Wszystkie statystyki. No i jak mecz to wszystko precz, a nie jakieś spacery z żoną czy koszenie trawnika.
Bywa też i tutaj dochodzimy do przypadku mnie najbliższego, który wcale nie jest jakimś przypadkiem odosobnionym, że są kibice nieinteresujący się kibicowaniem. Jak ja dla najbliższego przykładu. Czy kocham sport? Z całego serca! Czy szczerze życzę swoim drużynom zwycięstwa? Z całego serca! Czy mam swoje ulubione ekipy? To pewne, „jak techno w trendzie”. Co zatem różni mnie, podobnie jak wielu innych mnie podobnych od pierwszej kategorii? Otóż mój horyzont jest pełen migotliwych rozbłysków, nieustannie się porusza, zmienia punkty odniesienia jest płynny jak ponowoczesność Zygmunta B. To bywa męczące i nie pozwala na chwilę wytchnienia. Nie daję pewności, że ziemia pod stopami zaraz mi się nie osunie. Szczerze nie cieszy mnie upadek przeciwnika. Naprawdę nie potrafię nienawidzić. Z wielkim prawdopodobieństwem nie cierpiałbym z powodu meczu opuszczonego dla miłego spaceru (no tutaj już nieco przesadzam na potrzeby tekstu). Nie mam pojęcia kto jest żoną kandydata na prezesa Realu Madryt ani ile wynosi kaucja, którą musiał wpłacić, żeby wystartować w wyborach. 
Lubię oglądać sport na podwórku, kiedy grają dzieciaki. Lubię się powydzierać do bólu gardła, kiedy walczymy o coś dla nas wielkiego. Sklnę sędziego i mam koszulkę klubową, natomiast nie nienawidzę nikogo z powodu sportu. Nie krytykuję w czambuł zawodników, że lenie i drewniaki, nie chciałbym być osobą kierującą klubem. Lubię uprawiać sport, szanuję sportowców, wielu nawet podziwiam. Podobnie jak sponsorów, którzy dają swoje pieniądze dla ukochanej drużyny, którzy dzielą się swoim majątkiem, żeby zespół awansował do trzeciej ligi albo nie spadł z pierwszej. Wspieram wszystkie inicjatywy sportowe, zresztą od wielu lat i to się nie zmienia.
Jak zwykle na koniec małe wyjaśnienia. Zastosowana typologia jest parafrazą podziału dokonanego wiele lat temu przez mojego wujka, trenera piłkarskiego w „Wierzycy” Starogard Gd., który powiedział, że niemal niemożliwe jest być jednocześnie sportowcem i kibicem. Wujek zresztą do dzisiaj słynie z kwiecistego wyrażania swoich pogodnych myśli. Poza tym to felietonowa typologia w duchu weberowskim i w związku z powyższym nieistniejącą w przyrodzie. Wszystko jest gdzieś pomiędzy, pamiętajmy o tym i oczywiście: -Bądźcie zdrowi!

#PatrykGabriel

Galeria

Zdjęcie 1

Kategorie