SĘDZIA bez karty bankowej

Mam ten przywilej, że co jakiś czas trafiam na rozmowy, których nikt by mi w pociągu z Tczewa do Warszawy nie zorganizował. Jedną z takich rozmów odbyłem w zeszłym tygodniu w Brukseli — z sędzią Międzynarodowego Trybunału Karnego. Sędzią w sensie najbardziej dosłownym z możliwych: człowiekiem, którego praca polega na tym, żeby najcięższych zbrodniarzy świata — sprawców ludobójstw, zbrodni wojennych, zbrodni przeciwko ludzkości — postawić przed sądem. Po latach. Po ekshumacjach. Po setkach zeznań. Wbrew państwom, które chcą sprawców chronić.
Spotkanie ułożyło się tak, że trudno było po nim po prostu pojechać do hotelu i zasnąć. Spróbuję wyjaśnić dlaczego, bo to sprawa, o której u nas mówi się stanowczo za mało, a powinno się mówić bardzo dużo.
Zacznijmy od podstaw, bo doskonale wiem, że hasła „MTK", „Statut Rzymski", „Haga" zlewają się Państwu w jeden bezosobowy zaduch międzynarodowej biurokracji. Międzynarodowy Trybunał Karny, z siedzibą w Hadze, powstał na podstawie Statutu Rzymskiego — traktatu przyjętego 17 lipca 1998 roku, obowiązującego od 2002, wiążącego dziś 125 państw, w tym Polskę, która ratyfikowała go jeszcze w listopadzie 2001 roku. Jego rola jest precyzyjnie zdefiniowana i bardzo wąska. Sądzi cztery najpoważniejsze kategorie zbrodni międzynarodowych: ludobójstwo, zbrodnie przeciwko ludzkości, zbrodnie wojenne i zbrodnie agresji. Nic więcej. I tu sprawa istotna — Trybunał ma charakter uzupełniający, to znaczy wkracza dopiero wtedy, gdy zawodzą sądy krajowe. Nie konkuruje z państwami, pilnuje tylko, żeby najpoważniejsze zbrodnie nie zostały zamiecione pod dywan. Po Norymberdze, po Jugosławii, po Rwandzie — ludzkość uznała, że takie miejsce ostatniej szansy musi istnieć na stałe.
Cała ta konstrukcja, od Strasburga, przez Luksemburg, po Hagę, opiera się na założeniu starym jak rzymskie prawo i prostym jak drewniana ławka: jeśli sędzia zaczyna oglądać się na to, kto się obrazi, przestaje być sędzią. Staje się urzędnikiem politycznym, a obywatel, w miejsce strony procesu, staje się przedmiotem łaski. My w Polsce wiemy o tym akurat aż za dobrze. Pamiętamy bardzo dokładnie, ile kosztowała nas walka o sądy, które nie pytają, „kto pyta" — i dlatego niezależność sądownictwa traktujemy, a w każdym razie traktować powinniśmy, jako wartość nienegocjowalną.
Sześciu sędziów i trzech prokuratorów. Tyle osób z Międzynarodowego Trybunału Karnego figuruje dziś na amerykańskich listach sankcyjnych — tych samych, na których standardowo lądują dyktatorzy, terroryści i szefowie karteli narkotykowych. Pierwszy podpis pod rozporządzeniem wykonawczym Donald Trump złożył 6 lutego 2025 roku. Potem dochodzili kolejni — prokurator Karim Khan, sędziny z Ugandy, Peru, Beninu i, co u nas powinno wybrzmieć szczególnie głośno, ze Słowenii. Obywatelka Unii Europejskiej. Latem dołączył sędzia z Francji. Ich „przewinieniem" było wykonywanie obowiązków, do których zostali powołani przez społeczność międzynarodową — nakaz aresztowania, którego nie zaakceptował Waszyngton, śledztwo, które nie spodobało się Jerozolimie. To nie jest spór prawny. To jest polityczna zemsta wymierzona w niezależnych urzędników międzynarodowej instytucji.
I właśnie z jednym z nich miałem okazję rozmawiać.
Kiedy czyta się gazetowe nagłówki, „sankcje" brzmią abstrakcyjnie — etykietka, suchy termin, coś dla ekspertów od finansów. Kiedy słyszy się od człowieka, jak wygląda jego codzienność, robi się po prostu zimno. Karty Visa i Mastercard — zablokowane z dnia na dzień. Konto na Amazonie, w PayPalu, w serwisach rezerwacji — zamknięte bez żadnego uprzedzenia. Nawet europejskie banki, w obawie przed sankcjami wtórnymi, odmawiają obsługi własnego klienta, własnego obywatela Unii. Rezerwacja hotelu we Francji potrafi zostać anulowana w ciągu kilku godzin, kiedy hotel zorientuje się, kto u niego nocuje. To życie cofnięte o trzydzieści lat — do czasów sprzed kart płatniczych i internetu. Z tą drobną różnicą, że trzydzieści lat temu wszyscy żyliśmy w tamtych realiach i istniały okienka pocztowe, kasy w bankach, papierowe bilety. Dziś taki człowiek znajduje się w realiach, do których cały świat dookoła zwyczajnie nie wraca.
Najgorsze jest jednak co innego, a mianowicie to, że ta kara nie wynika z żadnego wyroku, z żadnego procesu, z żadnego choćby zarzutu. Nie ma sądu, do którego ten sędzia może się odwołać. Nie ma terminu, po którym sankcje wygasną — mówi się o latach, mówi się o dekadach. Człowiek pełniący jedną z najważniejszych funkcji w międzynarodowym wymiarze sprawiedliwości został wyłączony z normalnego życia decyzją opartą nie o porządek prawny, lecz o polityczną sympatię najsilniejszego mocarstwa do tych, których ten sędzia ośmielił się rozliczać. I objęto tym także — żeby było jeszcze ciężej — jego małżonka i dzieci.
I to jest, proszę Państwa, sytuacja zaskakująco mało znana opinii publicznej. Także u nas, w Polsce. Mówi się dużo o wielkiej polityce, o sankcjach wobec Rosji, o napięciach z Chinami. A o tym, że niezależny europejski sędzia, stojący na straży porządku prawnego, który sami współtworzyliśmy i ratyfikowaliśmy, został właściwie pozbawiony możliwości codziennego funkcjonowania — prawie nikt nie mówi. A powinniśmy. Bo to nie jest sprawa francuskiego, słoweńskiego czy peruwiańskiego sędziego. To jest sprawa każdego, kto wierzy, że prawo musi być silniejsze od polityki — także tej najsilniejszej.
Polska, na szczęście, znalazła się w gronie 79 państw, które wspólnie potwierdziły poparcie dla Trybunału. Polska prezydencja Rady UE miała w tym swój wyraźny udział i trzeba to odnotować z uznaniem. Mówi się o tzw. regulacji blokującej, która chroniłaby obywateli i podmioty unijne przed skutkami sankcji państw trzecich, i to jest dobry kierunek. Niedobra wiadomość jest taka, że oświadczeniem politycznym nie wygrywa się z systemem płatniczym, a sympatią z chmurą obliczeniową. Potrzebujemy europejskiej autonomii — finansowej, cyfrowej, technologicznej — naprawdę, a nie z konferencji prasowych. Inaczej nasze deklaracje pozostaną tym, czym zostaje większość deklaracji: kolejną pochwalną piosenką, w której nikomu już ucho nie drgnie.
Po takich rozmowach, których nikt mi w pociągu nie zorganizuje, najtrudniej jest wrócić do codzienności i nie zapomnieć. Dlatego o tym piszę.
A poza tym, jak zawsze: bądźcie zdrowi!
Galeria
