Polały się łzy

Piotr Kociewski5 min czytania
Polały się łzy

Aż nie chce się wierzyć. Z jednej strony takim rocznicom towarzyszy chłód, sprowadzany przez cień upływających lat, a z drugiej – to może jedynie moje subiektywne odczuwanie rzeczywistości - szczera duma. 
Pamiętam, że kiedy byłem chłopcem w harcerskim mundurku (niedawno wpadło mi w ręce takie zdjęcie po wielu latach); stroju – nie wiedzieć, dlaczego – Krakowiaka, tańczącego poloneza w szkolnym zespole folklorystycznym. Albo spranym tak bardzo, jak budzącym zazdrość kolegów spoza klubu, stroju Wierzycy czy komży ministranta, snuliśmy plany dotyczące przyszłości. Niemal nie mogliśmy dotrzeć marzeniami, a zuchwałości w snuciu wizji niektórym z nas nie brakowało – zapewniam, do niewyobrażalnego wówczas nowego milenium. Pamiętam, że jakąś otuchę budziło we mnie trudne do opisania uczucie powolności z jaką czas otaczał nas swoim upływającym w przeszłość nurtem. Miałem nawet obawy, że nie zużyję tego zapasu dni, które przygotowało dla mnie życie. Myślałem sobie, że przecież w roku dwutysięcznym, poza który nie sięgałem spojrzeniem dziecięcego umysłu, będę miał lat dwadzieścia trzy. Co to oznaczało? Z mojej perspektywy – jakąś niewyobrażalną starość, finisz jakiegoś oceanicznie rozległego czasu, który wciąż był przede mną. Z perspektywy mojej Mamy, która z uśmiechem mogła głaskać mnie po głowie podczas rozmów o przyszłości, to była jej nieodległa młodość. Sama zresztą, kiedy mogliśmy o tym rozmawiać, była wtedy wciąż bardzo młoda, dobra i już bardzo mądra. Dla mnie to była niewyobrażalna nieomal przyszłość.
Teraz sprawa wygląda zgoła inaczej. Minęła nas w jakimś kosmicznym pędzie rakieta z napisem dwa tysiące, a potem kolejne. Świat rozdzierany kolejnymi problemami nie rozpadł się, z mundurków harcerskich zostały gdzieś tam tylko klamry do paska z napisem ZHP i jakieś zdjęcia, do których miło się wraca. Kolejne lata minęły zostawiając na twarzy coraz wyraźniejsze ślady swojego ciężaru. Rzeczywistość rzucała mnie w różne miejsca, zawieruchy. Były rauty i chwile uniesienia, ale mroźne poranki zasnute mgłą zniechęcenia i rezygnacji. Toczyło się życie, a nasza Mama mówiła nam konsekwentnie, że jesteśmy jego kowalami. Że ono jest czymś dobrym i trzeba zaakceptować jego niezmienną naturę ciągłego ruchu. „Trzeba z żywymi naprzód iść…” recytowała nam Asnyka.
Już jakiś czas temu zrozumiałem, że to niewarta lekceważenia nauka, która stanowi niezwykle ważne wyposażenie znośnego życia. Co mianowicie oznacza? Dla mnie tyle, że nie mogą nami kierować duchy przeszłości, a najlepsze towarzystwo stanowią ludzie, którymi sami albo za sprawą losu otaczamy się w codziennych zmaganiach z przeciwnościami i fetowaniu drobnych sukcesów. 
Przez te wszystkie lata było i jest ich naprawdę wielu. Niektórzy rozpłynęli się w „innych miejscach i innych ludziach”, jak mógłby to opisać Świetlicki, inni z oddalenia, ale wciąż bardzo bliscy. Niektórzy nie traktowali czasu z należytym szacunkiem i on okrutnie się na nich zemścił. Inni zostali jego najlepszymi przyjaciółmi i lśnią piękniej niż w latach, kiedy czas nie zdążył jeszcze uszlachetnić ich charakterów, serc i twarzy. Jedni gdzieś na wysokościach – wieczni zwycięzcy, a inni poranieni rozpoczynają właśnie wszystko od początku. Na samym dole zaczynają kolejny rozdział, zgodnie z sugestią Kafki z pierwszych stron „Ameryki”.
Niby przyzwoicie rozumiem życie, niby zgadzam się z tym co nieuniknione, niby staram się abstrahować od spraw, na które żadną siłą nie można zmienić, a jednak! 
Naprawdę poczułem dumę i lekki smutek, o czym wspominałem na samym początku. Nie muszę tłumaczyć czytelnikom mojego felietonu smutku, bo jako ludzie doświadczeni znają jego słonawy posmak. Opiszę dumę. Nie dlatego żebym nie był pewien, że i jej słodycz jest nam znany, ale dlatego, że zbyt rzadko przywołujemy to pojęcie w naszym codziennym życiu. 
Kilka tygodni temu spotkaliśmy się po trzydziestu latach od naszej matury, która była w innym stuleciu, innym tysiącleciu, w innym świecie – przed Internetem, komórkami, AI i innymi guglami. W świecie o niebo skromniejszym, mniejszym, wolniejszym. W świecie piękniejszym i co najważniejsze pełnym pięknych ludzi. Wielu bardzo wesołych, iluś tam ślicznych, wielu mądrych i pracowitych. Świecie urwisów i szkolnych supermodelek, nygusów i wzorowych uczniów, świecie chuliganów i lizusów. Skrzącym, prostszym, lepszym.
Żeby nie popaść, przed finałem, w przesadę, w zbędny sentymentalizm, w banał ocierający się o wazeliniarstwo. Wielu z nas zrobiło w życiu złe rzeczy. Nie ma co do tego wątpliwości, bo przecież rocznica zdania matury to nie zjazd świętych czy choćby Episkopatu. 
No i wielu z tych ludzi spotkało się, żeby coś zjeść, wypić, pogadać, pobyć ze sobą. Jakie to było miłe – spojrzeć na nich, zanurzyć się w ten tłumek. Przytulić, uśmiechnąć, popatrzeć na siebie. I jestem dumny, że ich znam, że możemy w przyjaźni się spotkać chociaż niezbyt często. Jestem dumny, że tak ładnie wyglądają, tak miło się z nimi rozmawia, że radzimy sobie jakoś z tym życiem – zachowując odpowiednią proporcję pomiędzy zuchwałością a pokorą, wiarą w siebie, a troską o innych. No i jest jeszcze jedna rzecz – przetrwaliśmy rok dwutysięczny, minęliśmy go i chociaż wiek chwilami daje znać o sobie to jednak się nie poddaliśmy, nie skapitulowaliśmy, a pewnie wiele razy moglibyśmy zrobić to w sposób honorowy. Właśnie tak będę pamiętał tamten wieczór. Na taką naiwność, na taką przyjemność sobie dzisiaj pozwalam.
Dlatego życzę wszystkim, żeby znajdowali powody do dumy nawet w niewielkich sprawach, które udaje się nam osiągnąć. Z pewnością będzie to łatwiejsze, jeśli spełnią się moje tradycyjne i szczere życzenia: Bądźcie zdrowi!

#PatrykGabriel

Galeria

Zdjęcie 1

Kategorie